Tytuł wpisu zajeżdża oszołomstwem, ale co by nie pisać, dokładnie do tego co w nim zawarte chcą nas przekonać ci wszyscy szermierze demokracji, którzy w ostatnich dniach zalegają ulice polskich miast, złowieszczo przestrzegając nas przed nadciągającym zagrożeniem niedemokratycznych rządów okrutnego „Kaczora”. Chociaż koniecznie trzeba wyłożyć, że sami nie są tego świadomi. To co dzieje się w ostatnim czasie wokół projektów rządu reformujących w Polsce sądownictwo, to nie jest zwykła kłótnia polityczna do jakich zdążyliśmy się przyzwyczaić przez niespełna dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości. Już spór o Trybunał Konstytucyjny wydawał się poważnym starciem zwaśnionych obozów, a tak naprawdę był zaledwie wstępem na drodze do ostatecznej bitwy, która właśnie toczy się na naszych oczach. Nikt chyba nie zaprzeczy, że przy środkach jakie ówcześnie zostały uruchomione na obronę TK przed nową władzą, ta poradziła sobie w tym pojedynku dość gładko. Po tym jak przy pomocy naszych amerykańskich towarzyszy sprawnie zatrzymano próbę obalenia rządu w okresie grudniowego głosowania nad budżetem, w bardzo szybkim tempie również zostali spacyfikowani główni wojownicy o „Konstytucję”. Ościenni mocarze zrozumieli, że przeciwko organizowanej przez polski rząd zmianom będzie trzeba wytoczyć poważniejsze działa, a próba poradzenia sobie z przeciwnościami przy pomocy zepsutego do cna grabieżcy-alimenciarza oraz nobilitowanego ekonomisty-głupka będzie się już tylko kończyć kompromitacją. Zostali bowiem postawieni w sytuacji, w której koniecznym jest podejść do sprawy na pełnych obrotach, bo że nie na tym koniec dokładnie wiedzieli i wiedzą nie od dziś. Najpoważniejsza bitwa stoczy się na polu reform sądownictwa jakie właśnie teraz próbuje przepchnąć obecna władza. Jest to ostatnia szansa na dające jakiekolwiek nadzieje przedsięwzięcie ratujące przed utratą w Polsce wpływów wszelkiej maści agentury umieszczonej w wymiarze sprawiedliwości. I dokładnie o nią toczy się ten bój. Jeśli Kaczyńskiemu uda się przeprowadzić planowane zmiany w sądownictwie staniemy w obliczu IV RP teoretycznie mocno usytuowanej już na papierze. III RP z całym jej inwentarzem będzie zaś na prostej drodze do grobu. Jedną z istotnych kwestii jest fakt, że dla stronnictw opozycyjnych, które zostały oddelegowane na społeczno-polityczny odcinek tej walki, kluczowym jest zachowanie przepisu, który wybór sędziów do wierchuszki całego sądowniczego układu pozostawia samym sędziom. W tej kwestii opozycja gotowa jest doprowadzić nawet do rozruchów ulicznych. I nie jest to w niczym zaskakujące, bo w środowisku tak hermetycznie zamkniętym jak wymiar sprawiedliwości jest najważniejsze, aby agentura w nim działająca dzięki możliwości kompletowania swoich kadr przez samych siebie miała zapewnione bezpieczeństwo. Oczywiście mydli się otumanionemu społeczeństwu, kompletnie nie rozumiejącemu świata, w którym żyje, że walka jest o demokrację, o praworządność, o uchronienia nas przed dyktaturą. Są to oczywiste brednie, a szafowanie nimi jest możliwe z dwóch powodów. Pierwszym jest to, że kompletni idioci, którzy nimi szafują, będąc jednocześnie kompletnymi ignorantami w kwestii tego do czego są używani, głęboko wierzą w to, co sami wygadują. Drugim zaś trójpodział władzy, na którym oparte jest państwo rozumiane przez demokratyczny dogmat. Powoduje, że obojętnie co by się w wymiarze sprawiedliwości nie działo, każdą jego reformę w bardzo prosty sposób można przedstawić jako zamach właśnie na praworządność. W tym przypadku nadużywa się jednak także słowa „demokracja”, bo ono bardziej trafia do wyobraźni wodzonego za nos motłochu bezmyślnie powtarzającego na ulicach wbite mu do głów regułki w jej obronie. Nie ma żadnej wątpliwości, że wszystkie te quasi-rewolucyjne hasła, to tylko hipnotyczne przyśpiewki utrwalające w ulicznym żywiole przekonanie, że oto żywioł walczy w Wielkiej Sprawie i trzeba dać z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej. Powtórzę. Wszystkie te docierające do nas z głównego nurtu medialno-politycznego krzyki, to jedna wielka bujda. Tutaj walka toczy się o agenturalne wpływy w kluczowej dla postpeerelowskiego układu instytucji, instytucji która dzięki swej niezależności ma możliwość dowolną nieprzychylną sobie władzę trzymać na krótkiej smyczy. Oddanie na tym polu wszystkiego w ręce Kaczyńskiego, nie tylko rozniesie w pył wpływy wewnętrznych pasożytów, ale prędzej czy później boleśnie odetnie fundamentalne wpływy zainstalowanej w Polsce piątej kolumny. Niech nikt nie myśli naiwnie, że Prezes kiedykolwiek zrezygnował z idei budowania IV RP. To że całość nie jest już oficjalnie tak nazywana, nie znaczy że Kaczyński zadowoli się tylko kosmetycznymi zabiegami na ciele III RP. Jeśli operacja na układzie sądowniczym nie odbędzie się bez znieczulenia i po myśli „naczelnika”, nie ma mowy o śmierci III RP i nie ma mowy o narodzinach RP czwartej. Dokładnie tak można w krótkiej przenośni opisać zamieszanie wokół tej próby reformowania sądownictwa przez obecną władzę. Walka jest o to w jakiej Polsce będziemy żyli. Czy Kaczyńskiego, czy żyrowanej przez Michnika. Dlatego kiedy prezydent zawetował ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym, Prezes miał prawo poczuć głęboko wbity nóż w swoje plecy. Pytanie tylko czy aby na pewno ma za co być zły na prezydenta Dudę? Moim zdaniem nie.

To że Andrzej Duda nie był nigdy ortodoksem nie jest żadną tajemnicą. Dlatego tym bardziej dziwi, że Prezes mógł mieć jakąkolwiek nadzieję, że całość przeprowadzana metodą „na rympał” ma szanse na powodzenie. Nie chcę już wracać do wielu szczegółów, ale to że nasz prezydent potrafi być nieprzejednany jedynie w kwestiach oczywistych, co do których nie ma żadnych wątpliwości, niejednokrotnie rzeczywistość nam sygnalizowała. Tam gdzie trzeba było wyartykułować twarde i faktycznie bezkompromisowe stanowisko prezydent zawsze wymiękał i posługiwał się narracją noszącą cechy uległości. Przypomnieć tylko haniebne przemówienie w Kielcach, w którym posunął się do retransmitowania ahistorycznej propagandy nt. sowiecko-ubeckiej prowokacji w świecie znanej jako pogrom kielecki. Ten przypadek jasno i wyraźnie pokazuje kim w swojej pseudo-niezłomności jest Andrzej Duda. I dokładnie ten sam mechanizm intelektualny jaki zadziałał w Kielcach, zadziałał i tym razem w przypadku weta wobec reformy sądownictwa. Strach przed choć kłamliwą, to jednak łatką „skrajnie prawicowego antyeuropejskiego faszysty”. Dokładnie tak potraktowałyby go media zarówno polskie i zagraniczne. Skoro osobowość i charakter naszego prezydenta jest dokładnie znana, a dorobiła się nawet prześmiewczej jej karykatury w branży rozrywkowej, to jak do licha można było próbować przepchnąć przez tego rodzaju psychologiczny mur jakąkolwiek ustawę o charakterze wywrotowym i to w stylu „na rympał”? Nie można mieć pretensji do prezydenta, bo on po prostu był sobą, niczym nie zaskoczył. Za to Prezes, nie wiadomo dlaczego, w napływie własnego chciejstwa kompletnie zatracił poczucie rzeczywistości, a zwłaszcza cechę wyśmienitego stratega, która w polityce go rozsławia od dawna. Kaczyński dał ciała jak rzadko kiedy i naprawdę aż trudno było przez te kilka dni tej kompromitacji być świadkiem. Czy wybitny strateg Jarosław Kaczyński to mit?

Oczywiście duży w tym wszystkim swój udział miały czynniki zewnętrzne. Prezydent co rusz zmagał się nie tylko z presją mediów zagranicznych, a nawet z tą kierowaną w jego stronę z ośrodków dyplomatycznych innych państw. Oprócz wielu innych głosów szczególną rolę w oddziaływaniu tej presji na pewno odegrało oświadczenie rzecznik Departamentu Stanu USA, a kto wie czy nie jeszcze większą rozmowa telefoniczna jaką prezydent miał przeprowadzić z kanclerz Merkel niedługo przed ogłoszeniem, że ustawy zostaną przez niego zawetowane. Jak widać nie byle instytucje zainteresowane są tym, by środowisku sędziowskim nie zapanowała panika, popłoch i zmartwienie. III RP stanęła nad przepaścią i trudno się spodziewać, że ktokolwiek z zewnątrz mógłby pozwolić zrobić krzywdę swojemu wspólnemu dziecku. Są „umowy i zobowiązania”, których nawet Prezes nie przeskoczy. Przez najbliższe miesiące możemy się spodziewać najdalej idących konsekwencji z tytułu prezydenckiego weta. Ośrodki opozycyjne wewnątrz będą gotowe przyłożyć rękę do zorganizowania na ulicach starć. Można także spodziewać się, że aby uspokoić skrajnie niebezpieczną atmosferę Kaczyński zdecyduje się na przedterminowe wybory. Stanowisko prezydenta dało wszelkie „moralne” narzędzia opozycji do domagania się samorozwiązania Sejmu. Na pewno będą grać w takie bębny. Jeśli zawziętość Prezesa weźmie górę i nie ulegnie, to jesteśmy dopiero na początku czegoś, co w najgorszym wypadku może skończyć się pseudo-majdanem organizowanym nam tutaj przez piątą kolumnę i przede wszystkim czynniki zewnętrzne. Można wiele mieć nadziei, ale III RP tak łatwo się nie podda.

Edycja (27 luty 2017, 12:12): W mediach już nakręcana jest atmosfera. Artykuł opublikowany przed godziną na rp.pl: http://www.rp.pl/Polityka/170729355-Czy-juz-czas-na-przedterminowe-wybory.html.


Jeśli podobał ci się wpis, prosimy udostępnij.