śledź nas  

Ktoś tym wszystkim jednak musi rządzić

Doczekaliśmy się w końcu zakończenia kolejnego rozdziału. Nasz najmłodszy stan USA ustalił wreszcie personalną agendę na kolejne dwa lata. Co najmniej dwa lata. W mediach oczywiście w wyścigu o najbardziej przełomową zmianę w rządzie wygrywa złowieszcze zbanowanie Antoniego Macierewicza. W jednych się cieszą, a w drugich tli się historyczny bunt pośród twardych jak beton funkcjonariuszy frontu ideologicznego.

, Przez , w Polityka w . Tagi: , , , , , ,

Uff. Doczekaliśmy się w końcu zakończenia kolejnego rozdziału. Nasz najmłodszy stan USA ustalił wreszcie personalną agendę na kolejne dwa lata. Co najmniej dwa lata. W mediach oczywiście w wyścigu o najbardziej przełomową zmianę w rządzie wygrywa złowieszcze zbanowanie Antoniego Macierewicza. W jednych się cieszą, a w drugich tli się historyczny bunt pośród twardych jak beton funkcjonariuszy frontu ideologicznego. Kolejne zmiany nie są już tak bardzo medialne, ale nawet w przypadku ministra obrony, a także kolejnych trzech muszkieterów stojących po tej ciemniejszej stronie obozu niosącego nam dziejową odnowę, tj. panów Waszczykowskiego, Radziwiłła i Szyszki, nie ma się czym ekscytować. Obecna władza od początku swojej kadencji stoczyła zbyt wiele bitew z III RP, przez co natworzyła sobie wystarczającą ilość przeciwników zarówno wśród naszych certyfikowanych elit, ale i pospólstwa. Tak to już jest, że obojętnie kto by nie rządził, po dwóch latach sprawowania władzy zawsze wchodzi na ścieżkę nieubłaganego regresu na gruncie popularności wśród tłumu. Tym bardziej jeśli tłum z wolna będzie musiał się przyzwyczajać do toczących jego portfele konsekwencji, które wynikają z realizowania polityki państwowej dobroci szumnie oznaczanej plusami. Państwem jednak trzeba rządzić dalej, zwłaszcza gdy strategia, która prowadzi nas do celu jest rozpisana na więcej niż tylko jedną kadencję. Dalsze utrzymywanie na stołkach ministerialnych personaliów takiego typu jak wspomniane wyżej grono „szkodników”, po dwóch latach mogło już tylko przeszkadzać co raz bardziej i co raz bardziej. Jeśli więc obóz polityczny otrzymał dziejową szansę na realizację swojej politycznej wizji, a w znaczącym stopniu zdecydowały o tym głosy tłumu radykalnego, to nie trudno przewidzieć, że nadejdzie czas, w którym radykalne skrzydło będzie trzeba spacyfikować, bo nawet jeśli sam Piłsudski był znany z radykalizmu, to jeśli w dzisiejszych czasach marzy się o tej wizji spełnieniu, warunki wymagają, by wizję mini-Piłsudskiego oczyścić z jakichkolwiek radykalizmów. Nawet ewentualny gniew piekielny wzbudzony pośród imperialistów toruńskich nie będzie żadną przeszkodą. Wystarczy podesłać im zawczasu dobrą „izraelską whiskey”, a ta nie będzie miała żadnych problemów z wprowadzeniem tam bajkowego nastroju jakiego sprawie potrzeba. Za nim toruńscy imperialiści wytrzeźwieją, będzie już „po ptokach”. Całkiem logicznie było zacząć władzę od sprawienia radykałom wrażenia, że są ważną częścią tej wizji. Kiedy już dostali swoje ministerstwa i mogli sobie „harcować” przez pierwszy okres kolejnej w dziejach Polski sanacji, nie mają tedy żadnych powodów, aby zarzucać komuś złą wolę a tym bardziej nielojalność. Dostali swoją szansę, a że ich naturalny pociąg do radykalnych postaw potem wykorzysta się jako powód ich odwołania, to już inna rzecz. Najważniejsze, że ich zbyt indywidualistyczne podejście do polityki nie będzie już przeszkodą. Taki po prostu jest charakter każdej agendy, która chce realizować cele wyższe, że nie sposób prowadzić jej bez intryg. Niech nikt jednak nie myśli, że to znany z lubości do ich snucia żoliborski Prezes za tym wszystkim stoi. Pomimo wielu znamienitych politycznie cech mini-Piłsudskiego jest on o wiele za cienki, aby stać za pomysłem na tworzące się oblicze naszego najmłodszego stanu USA. Jemu wystarczyło tylko po prostu nie przeszkadzać. Kończące się polityczne pokolenie „okrągłego stołu” sprawia, że panujący porządek wymagał wielkiej reformacji, bo do zarządzania przez „złoty fundusz” polskim ludem, pojawił się jego zupełnie nowy typ, nie wystarczająco kojarzący Michnika i jego fabryki „autorytetów moralnych”, a jeszcze bezczelnie patrzący w stronę Żołnierzy Wyklętych. Nadrzędne prawa geopolityki ustanawiane w stolicach imperiów w tej sytuacji, to tylko konstrukt, do którego fachowcy żywo dziś kręcący się wokół prezydenta zawsze ochoczo się dostosują, bo wiedzą, że póki co, opłaca im się to bardziej niż udawanie, że sami mogliby jakoś szczególnie na los świata bezpośrednio wpływać. Teraz kiedy już pozbyli się wszelkich wrzodów radykalizmu na toczącej się na naszych oczach kolejnej transformacji ustrojowej, nikt nie będzie miał powodów by sądzić, że „Dobra Zmiana” nie idzie w dobrym kierunku. Prezydent teraz będzie mógł popierać dowolną liczbę generałów, mały Mati bez przeszkód wdrażać w życie swój plan z Power Pointa, a Stare Kiejkuty wzorowo realizować zlecenia od lepszych niż oni kozaków w kreowaniu politycznej rzeczywistości w dowolnie wybranej przez ów kozaków stolicy. A Prezes? Cóż Prezes. Przez ostatnie dwa lata dostawał aż nadto wyraźnych sygnałów, że są pewne rzeczy i jest moc, których nawet on nie przeskoczy. Każdy z nas zna tę ludową mądrość, że aby wszystko zostało po staremu, trzeba wiele zmienić. Prezes został bez wyboru, musiał pewien porządek przyswoić. Zwłaszcza, że z wolna przygotowuje się do wielkiego odejścia z polityki. Nie zdążył. Te osiem lat, które mu wyrwano w 2007 roku robi swoje. Dziś mu już nic innego nie pozostało jak tylko zgodzić się z tą dziejową prawdą, że suweren suwerenem, demokracja demokracją, ale ktoś tym wszystkim jednak musi rządzić.