śledź nas  

Moje własne pudło z arcydziełami kina cz. I

W ostatnich kilkunastu latach przemysł filmowy podzielony został na dwa tak wyraźnie różniące się poziomem trendy, że nie jest trudno określić, co zasługuje na miano filmowego śmietnika, a co zasługuje na szczególne lub nawet najwyższe uznanie.

, Przez , w Kultura w . Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Muszę przyznać się bez bicia, że swego czasu dość nieoczekiwanie stałem się miłośnikiem sztuki filmowej. Terminu “sztuka filmowa” nie używam tutaj bez przyczyny, bowiem w ostatnich kilkunastu latach przemysł filmowy podzielony został na dwa tak wyraźnie różniące się poziomem trendy, że nawet takiemu amatorowi kina jak ja, nie jest trudno określić, co zasługuje na miano filmowego śmietnika, a co zasługuje na szczególne lub nawet najwyższe uznanie. Jako że przez te ostatnie kilkanaście lat smród z tego śmietnika został pośród ludzi spopularyzowany bardziej niż zapach filmowej sztuki i jest go w powszechnym obiegu nieporównywalnie więcej, warto przy każdej nadarzającej się okazji przypominać o tym stosowaniem takich właśnie terminów, co by ludzie nie zapomnieli, że coś takiego jak sztuka filmowa w ogóle istnieje. Uruchomiony swego czasu tym, że większość filmów, z którymi się zderzałem okazywały się męczącymi tandetami dalece odbiegającymi od moich wymagań, zrozumiałem, że powinienem skupić się na poszukiwaniu w filmie czegoś znacznie więcej, niż tylko farbowanej rozrywki zapełniającej wolny czas. I tak postanowiłem wówczas, że od tej pory będę kierował się ścieżkami prowadzącymi w stronę klasyki kina. Pierwsze ścieżki tej podróży wskazały mi wcześniej obejrzane filmy, nad którymi nie potrafiłem się nie zachwycać. Szczególną w tym rolę odegrały m.in. szalony “Pulp Fiction”, szalonego Tarantino; genialny “Przylądek Strachu” mistrza Scorsese; i na pewno “Ojciec Chrzestny” Coppoli. Ale nawet wówczas nie spodziewałem się, że ścieżki te zaprowadzą mnie do kina, którego stałą cechą jest czarno-biały obraz i rok produkcji, któremu bliżej do II wś, niż do narodzin III RP. Przełomem było jednak “12 gniewnych ludzi” Sidney’a Lumeta. Po zderzeniu z tym genialnym dziełem, wiedziałem, że aby mieć okazję pochłaniać to, co w sztuce filmowej najlepsze, muszę kopać znacznie głębiej, niż w tym, co pamiętam z lat 90-tych, a co było łatwo dostępne wówczas w wędrujących od mieszkania do mieszkania pudełkach z ordynarnie pirackimi filmami na VHS. W swoim życiu obejrzałem kilkaset filmów i dziś znaczna z tego część, to te, które w powszechnym obiegu odbierane są jako tzw. “stare”. Jednak spośród nich wszystkich, tylko niewiele ponad trzydzieści w mojej subiektywnej ocenie zasłużyło sobie na miano arcydzieła, co w potocznym języku przyszło się nazywać “dychą”; zawsze byłem wybredny! Jak widać jest tego wystarczająco na tyle, aby popełnić serię wpisów, w każdym z których można zaprezentować po kilka pozycji. Zatem chętnie dzielę się Wami moją listą uszeregowanych według klucza “od najgorszego do najlepszego” arcydzieł (każdy wypis aktorów prezentuje najwyżej ocenione przeze mnie role danej produkcji) i mam nadzieję, że dla wielu z Was okaże się chociaż w minimalnym stopniu do czegoś przydatna.  

#33

Potop [1974]

Reżyseria: Jerzy Hoffman
Produkcja: Polska, ZSRR
Gatunek: historyczny

Obsada: Władysław Hańcza, Tadeusz Łomnicki, Kazimierz Wichniarz, Franciszek Pieczka

Tego filmu przedstawiać nie trzeba. Powieściami Sienkiewicza jesteśmy “molestowani” od najmłodszych lat. Kilka tych powieści doczekało się swoich ekranizacji, ale to właśnie “Potop” Hoffmana zdecydowanie zasługuje na miano najlepiej zekranizowanego dzieła naszego wieszcza. Czy do obrazu Hoffmana trzeba w jakikolwiek sposób przekonywać? Otóż nie! Hofmann stworzył swym talentem jeden z najwybitniejszych filmów w historii polskiej kinematografii, o poziomie którego nie powstydziliby się najwybitniejsi reżyserzy kina światowego. Wyjątkowa reżyseria, praca kamer, a także wszystko inne, co cieszy zmysły widza, obok plejady niesamowicie fantastycznie zagranych ról mnóstwa aktorów, czyni z tego filmu niekwestionowane arcydzieło. Grzech nie obejrzeć!

#32

Taksówkarz [1976]

Reżyseria: Martin Scorsese
Produkcja: USA
Gatunek: dramat

Obsada: Robert De Niro

Ach co to jest film! Co to jest za rola! Zdecydowanie nie tylko jedno z największych dzieł Martina Scorsese, ale także chyba najwybitniejsza rola Roberta De Niro, która w całym filmie przejmuje władzę nad wszystkimi emocjami widza. Gdy ktoś oglądając film lubi szczególnie zwracać uwagę na kunszt aktorski, po kilkudziesięciu minutach nie może nie zadać sobie pytania, czy aby na pewno De Niro, to ten znany wszystkim aktor, czy może jednak idealnie dobrany przez reżysera pacjent z losowego szpitala psychiatrycznego w Stanach Zjednoczonych. To właśnie rola Roberta De Niro sprawia, że “Taksówkarza” po prostu trzeba obejrzeć. Niezapomniane przeżycie.

#31

Blaszany
bębenek [1979]

Reżyseria: Volker Schlöndorff
Produkcja: Francja, Jugosławia, Polska, RFN
Gatunek: dramat, wojenny

Obsada: David Bennent, Marek Walczewski

O istnieniu powieści Güntera Grassa pod tym samym tytułem przed obejrzeniem filmu pojęcia nie miałem. Każdy chyba wie, że jeśli w kinematografii trafia się jakakolwiek ekranizacja dzieła literackiego, pryncypialną zasadą jest, by nigdy nie zderzać się z nią przed jego przeczytaniem – jeśli w ogóle jest się zainteresowanym, by ów dzieło przeczytać. Akurat ja tego problemu nie miałem. I nawet wtedy, gdy dotarło do mnie, że istnieje coś takiego jak “Trylogia gdańska” nie żałowałem, że nie było mi dane przebrnąć choćby tylko przez tę część, której ekranizację tutaj Państwu polecam. Z tego filmu szczególnie utkwiło mi w pamięci, jak z kwadransa na kwadrans, film przeobrażał się w swej treści z filmu wydawałoby się przeciętnego, w film wyjątkowy, by ostatecznie stać się w moich oczach arcydziełem. Z wolna rozkręca się w nim wszystko. Od kontrowersji, po dramat; od piękna narracji, po zauważalną w niej traumę. To po prostu jeden z tych nielicznych przypadków, kiedy ekranizacja dzieła literackiego, zasługuje także na najwyższe uznanie nie odbiegając w swej treści od wybitności jej pierwowzoru.

#30

Sanatorium pod klepsydrą [1973]

Reżyseria: Wojciech Has
Produkcja: Polska
Gatunek: psychologiczny, poetycki

Obsada: Tadeusz Kondrat, Filip Zylber, Mieczysław Voit

Temu ponadprzeciętnie “szalonemu” obrazowi w reżyserii Wojciecha Hasa, chyba tylko dlatego udało się przebrnąć przez peerelowską cenzurę – będąc dla jej przenikliwości szczególną męczarnią, że surrealistyczny świat w nim zawarty, był w swym surrealistycznym wydaniu tak “hardkorowy”, że nawet posunięta do granic absurdu codzienność peerelowska, w rozumieniu przodowników z GUKPPiW, z miejsca stawała się czymś całkiem przystępnym, co obroniło film Hasa przed surowym potraktowaniem. Taka właśnie myśl mnie napadła, gdy podczas seansu przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić potyczkę z tą produkcją smutnych panów z Mysiej. Ta genialna podróż przez halucynacyjno-senny świat, uważnego widza wbija w ziemię nie tylko nadwybitną scenografią nagrodzonych w Cannes Andrzeja Płockiego i Jerzego Skarżyńskiego, ale także oszałamiającym ujęciem narracji czerpanej z pierwszorzędnych dokonań literatury polskiej okresu międzywojennego autorstwa Brunona Schulza. Wszystko prowadzone genialnym aktorstwem zagranych postaci, w czym szczególnie wyróżniła się prze wybitna rola Tadeusza Kondrata. Dzisiaj już chyba nikt nie zadałby sobie tyle trudu dla stworzenia filmu, mając przed sobą możliwości kreowania dowolnego świata przy pomocy komputerowej grafiki. Dlatego ten film trzeba obejrzeć, bo to, że jest on warstwie wizualnej wybitnym światowym kinem z Polski, nie ulega żadnej wątpliwości.

#29

Żywot Mateusza [1967]

Reżyseria: Witold Leszczyński
Produkcja: Polska
Gatunek: dramat, psychologiczny

Obsada: Franciszek Pieczka

W tym jakże udanym debiucie Witolda Leszczyńskiego wyróżnionym Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Młodzieżowych w Cannes, a także udziałem w konkursie głównym jego historycznego wydania z 1968 roku, wybitności jest wiele. Wspaniała muzyka, wyjątkowo genialne zdjęcia, ale to, co na tle reszty zachwyca szczególnie, to geniusz aktorski niesamowitego Franciszka Pieczki, a także soczysta poetyckość tego dzieła. “Żywot Mateusza” według powieści Tarjeia Vesaasa pt. “Ptaki”, wciąga od samego początku. Niebywała postać zagrana przez wybitnego Pieczkę, na pewno wzbudzi u każdego z widzów szczególną sympatię, zaś wyróżniająca się nad treścią forma filmu, sprawi, że jeszcze długo po jego obejrzeniu na dźwięk wymawiania jego tytułu u każdego przypomni wyjątkowe przeżycie.

Kolejne pozycje już niebawem. Stay tuned! Obiecuję, że wkrótce  c.d.n.


PS. Gwoli ścisłości przypominam, że oglądanie jakiejkolwiek produkcji wymienionej w moim zestawieniu z udziałem lektora, powinno natychmiast kończyć się dla oglądającego wyrokiem śmierci przez rozstrzelanie bez jakiegokolwiek procesu.