śledź nas  

„Pokot” antypolski bardziej od „Idy”

Od lat bardzo sceptycznie podchodzę do polskiej kinematografii, a jeśli już udaje mi się trafić na coś godnego polecenia, to dzieje się tak za każdym razem tylko i wyłącznie z przypadku. Z filmami wspomnianej reżyserki jak dotąd nigdy nie miałem żadnego problemu. Nie kojarzę jej z jakimiś szczególnie wybitnymi produkcjami, ale też nigdy nie spotkałem się z jakąkolwiek jej produkcją, która pozostawiłaby po sobie jakikolwiek wyraźny we mnie niesmak.

, Przez , w Kultura w . Tagi: , , , , , ,

Zacznę na wstępie od tego, że ogólnie nie miałem najmniejszych chęci w jakikolwiek sposób zderzać się z filmem Agnieszki Holland. Od lat bardzo sceptycznie podchodzę do polskiej kinematografii, a jeśli już udaje mi się trafić na coś godnego polecenia, to dzieje się tak za każdym razem tylko i wyłącznie z przypadku. Z filmami wspomnianej reżyserki jak dotąd nigdy nie miałem żadnego problemu. Nie kojarzę jej z jakimiś szczególnie wybitnymi produkcjami (być może to się zmieni, bo czeka mnie spotkanie z „Aktorami Prowincjonalnymi” oraz „Gorejącym Krzewem”), ale też nigdy nie spotkałem się z jakąkolwiek jej produkcją, która pozostawiłaby po sobie jakikolwiek wyraźny we mnie niesmak. Na pewno pamiętam Agnieszkę Holland jako dobrą reżyserkę, chociaż też marną aktorkę. Z najnowszym jej dziełem okazało się jednak różnie. Zaczęło się od tego, że najpierw zniechęcił mnie niemiłosiernie jego zwiastun; co wydaje się być dość ciekawe, bo przecież zwiastun ze swojej natury ma tę moc, że najczęściej przy odpowiednim montażu potrafi na wstępie potencjalnego widza zrobić w niezłego balona jeśli chodzi o jakość, którą ma zwiastować. Pomyślałem sobie, że oto po prostu Agnieszka Holland dobrze wyczuła powiewy wiatru i panującą w kraju atmosferę społeczno-polityczną chce wykorzystać do promocji swojego filmu na arenie międzynarodowej jako tego „wyklętego”. Kto czujniejszy i bardziej spostrzegawczy, ten doskonale pamięta na przykładzie „Idy”, jak budowanie legendy produkcji filmowej na „nienawiści” może przynieść znakomite efekty. „Pokot”, co by nie napisać, miał do tego znacznie lepsze warunki niż „oskarowszczyny” Pawlikowskiego. Nie dość, że powstawał w czasach „autorytarnego reżymu”, którego sprowokować do „totalitarnej” interwencji odpowiednim obrazem nie jest żadnym problemem (casus „Klątwy”), to jeszcze znana wszystkim medialno-wiecowa aktywność reżyserki „w obronie demokracji” naprodukowała jej niezliczonej rzeszy antagonistów (taki Pawlikowski musiał swój film najpierw zrobić, a i jeszcze gdziekolwiek wyświetlić zanim zaczął zbierać owoce swojej zmyślnej prowokacji). Zresztą sam jestem najlepszym przykładem tego, że taka zmyślność, to na dzisiejsze czasy nie byle jaki sposób na zaistnienie, ponieważ właśnie na takim wniosku o charakterze spiskowym by się skończyła moja przygoda z „Pokotem”, gdyby nie fakt, że nagle ni stąd, ni zowąd, w polskiej przestrzeni publicznej zaczęła wybrzmiewać mrożąca krew w żyłach opinia na jego temat, jako „antypolskiego”. Aż dwie organizacje napisały pełne oburzenia pisma i nadały je wprost do Ministerstwa Kultury ze stanowczym postulatem wycofania filmu Holland z kandydatury do nagrody Oscara! I tu w moim nastawieniu do „Pokotu” nastąpił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Doświadczony zwiastunem oraz kilkoma krótkimi wypowiedziami na jego temat, nie mogłem wyjść z zaskoczenia, że tej produkcji przypisuje się tak bardzo dyskwalifikującą cechę. Większego smaczku całemu zamieszaniu nadał fakt, że w swoim piśmie jedna z organizacji własną motywację tłumaczyła tym, że kieruje nią chęć „obrony dobrego imienia Polski i Kościoła a w szczególności także naszego Patrona przed żydowsko-lewacką i protestancko-liberalną agresją”. Tutaj już mnie nie musiał nikt więcej przekonywać. Zderzenie z „Pokotem” stało się nieuniknione. Nie znałem bowiem autorów tych protestacyjnych listów na tyle, by z miejsca im uwierzyć, że z czymś takim Agnieszka Holland odważyła się wystąpić przeciwko widzom. Dlatego też postanowiłem, że film muszę obejrzeć, bo to będzie najlepszy sposób na to, aby dowiedzieć się czy stawiane „walczącej o demokrację” reżyserce zarzuty, są jak najbardziej zasłużone. Kto mnie zna, ten wie doskonale, że przede mną niewiele da się ukryć, ale już na pewno nie ma żadnej możliwości, aby kiedykolwiek mej uwadze umknęła „żydowsko-lewacka agresja”!

Niestety spotkanie z z filmem „Pokot”, to jedno z najgorszych moich doświadczeń filmowych w ostatnich latach. Być może nawet dekady. Tej tragiczniej warsztatowo i aktorsko adaptacji nie ma nawet co porównywać z ostatnim dziełem śp. Andrzej Wajdy, który choć jest filmem przeciętnym, to na tle produkcji Agnieszki Holland wypada naprawdę dobrze. Co najbardziej zaskakujące, u Holland nawet aktorsko nie było w stanie cokolwiek filmu pociągnąć, a przecież udało się Holland zaangażować do niego kilku znakomitych aktorów. Zdecydowanie nie wykorzystała ich potencjału, a na domiar złego, główne role obsadziła aktorami, którzy swoją grą aktorską wywoływali u mnie nader często nic więcej jak tylko zażenowanie. Naprawdę chciałoby się, aby to był dramat i kryminał jak zapowiadają go portale filmowe, ale po obejrzeniu nie mogłem nie odnieść wrażenia, że jest to zwyczajny komedio-dramat, a z kryminałem ma tyle wspólnego, co rzekome inwigilowanie Ryszarda Petru przez tajne służby na rozkaz „pisowskich siepaczy”. Już nawet poszedłem reżyserce na rękę i pomyślałem sobie, że ja po prostu nie rozumiem głębi tego filmu, że być może patrzę na niego przez pryzmat swoich własnych do niej uprzedzeń, a zamiast oczekiwać kryminału i dramatu, powinienem raczej widzieć go jako zekranizowaną baśń. Tylko to mogłoby jakoś tłumaczyć te wszystkie nieporozumienia jakie z filmu wylewają się strumieniami. Od baśni przecież nie musimy oczekiwać najwyższych lotów warsztatu, fabuły czy choćby logiczności, a wszystko inne co powinna mieć baśń, a jest najważniejsze, „Pokot” ma. Są w nim niezliczone pokłady fantastyki, udało się uosobić zwierzęta, trwa zażarta walka dobra ze złem, z której wynika szlachetny morał, a i ostatnia scena jak w klasycznej baśni, to najpospolitsze szczęśliwe zakończenie. Już Pani Agnieszka miała zostać tedy uratowana, gdy nagle podstępnie do mej głowy, niczym greccy wojownicy wdarli się do Troi, wdarł był się wybitny „Labirynt Fauna” Guillerma del Toro. Nie miałem szans – zrazu poczułem się adekwatnie ustawiony do pionu. Niestety nawet jako baśń film naszej wybitnej obrończyni demokracji wypada po prostu tragicznie. Nie kończące się absurdy ścigają się o prym z komicznie wręcz odgrywanymi przez aktorów scenami. Nachalne i wręcz prymitywne przyprawianie gęby diabła wszystkiemu, co w opozycji do głównej bohaterki, obraca powagę jaką niby ma nam nieść fabuła w zwyczajną powagi karykaturę. W końcu i postać głównej bohaterki zostaje sprowadzona do niezrównoważonej psychicznie eko-terrorystki, do której choćby nie wiem jak bardzo chciałoby się mieć sympatię, to w pewnym momencie ma się jej dość, jak miałoby się dość sąsiada, który całymi dniami wierci dziury w ścianach tłumacząc się, że szuka podsłuchów. Holland nie tylko zadała cios polskiej kinematografii, ale także wszystkim tym, którzy w mniejszy lub większy sposób poświęcają swoje życie zwierzętom przez bezwarunkową miłość do nich. Ja naprawdę potrafiłem z dużym wyrozumieniem spoglądać na ich czasami wręcz chorą obsesyjność w dbaniu o każdego owada i robaka. Niestety film Agnieszki Holland wydaje się potwierdzać na ich temat najgorsze z najgorszych wyobrażenia. Czy trzeba znać książkę Olgi Tokarczuk, by film recenzować? Nie wydaje mi się. Nawet jakby się chciało ją znać, to na pewno nie po „Pokocie”. Czy świeżo upieczona scenarzystka miała związane ręce, czy po prostu to jak przełożyła swoją książkę na scenariusz, oddaje jej treść? Z dwojga niech lepiej pierwsza wersja będzie bliższa prawdzie, bo nawet nie chcę myśleć o tym, co pani Tokarczuk ma w głowie.

Czas by się w końcu odnieść do tytułu. Antypolskość „Pokotu”. Tak jak się spodziewałem, zarzuty formułowane w listach do ministra kultury, okazały się kompletnie absurdalne. Jeśli nie są drugą stroną wspomnianej wcześniej zmyślności twórców filmu, to najpewniej artykułowali je ludzie, co najmniej z dość ograniczoną wyobraźnią. A martwi mnie to bardzo, bo jedną z tych organizacji, a właściwie wielu ludzi, którzy piszą w czasopiśmie przez nią wydawanym, niezmiernie szanuję i poważam. Głęboko wierzę, że akurat oni, nie mają nic wspólnego z tym naprawdę dziwacznym listem do ministerstwa. Niestety zarzut o antypolskość „Pokotu” ma swoje uzasadnienie gdzie indziej. Od Agnieszki Holland słusznie przyjęło się oczekiwać jakiegoś poziomu. Trudno sobie wyobrazić, że reżyserka w żadnym stopniu, kręcąc swoje najnowsze dzieło, nie kręciła go z myślą o przyszłych wyróżnieniach. Nie tylko na arenie krajowej, a w większym stopniu na arenie międzynarodowej. Nie mamy przecież do czynienia z tej klasy reżyserką, która zadowoliłaby się dzisiaj tylko i wyłącznie poklaskiem wąskiej grupy snobów. Produkcja filmu, to nie widowisko teatralne. Jak to jest zatem, że ktoś taki jak Agnieszka Holland, tak bardzo zaniedbuje i marnuje swoją kolejną szansę, a także szansę Polski, Polaków i przede wszystkim polskiej kinematografii? Można by zapytać, co się stało z tą Agnieszką Holland, która niejednokrotnie nam wszystkim przynosiła zaszczyty? Nie wierzę, że ktoś taki jak Agnieszka Holland, mogłaby podejść w tak tandetny sposób do twórczości, jeśli nie celowo. Czy naprawdę chodziło o to, aby wszelkim kosztem przygotować film, którego rozdęta do absurdalnych granic zideologizowana treść sprowokuje jakąś część Polaków, a być może i polityków, do oczekiwanych przez Agnieszkę Holland reakcji i na tym ów chciała budować legendę swojej najnowszej produkcji? Ja przepraszam za tak wiele pytań, ale w głowie się nie mieści to, co ten film prezentuje. Kiedy obejrzałem „oscarowszczyny” Pawlikowskiego, uznałem, że słusznie zarzucana jest mu antypolskość. Ale antypolskość „Idy” miała zupełnie inne źródła. Na ten rodzaj antypolskości jest odwieczne zapotrzebowanie na arenie międzynarodowej i Pawlikowski tym różni się ze swoim filmem od Holland, że on nie musiał go nawet tworzyć, a już stała po niego niekrótka kolejka. Dlatego oskarżanie wprost o antypolskie motywacje Pawlikowskiego wydaje się grubo przesadzone, oskarżanie go o głupotę, w której udaje, że nie wie iż wyszedł mu na koniec antypolski film, jak najbardziej jest już zasadne. Zaś Agnieszka Holland musi się dopiero wkupić, musi sprawy okołopromocyjne filmu poprowadzić tak, żeby wytworzyć wokół niego odpowiednią atmosferę, ażeby się „sprzedał”. Czy możemy zatem się spodziewać kolejnych prowokacji ze strony reżyserki? Wartością artystyczną nie będzie w stanie nic ugrać. Nie ma nawet mowy. Kto obejrzał „Pokot” i nie dostrzega w nim prymitywnego tandeciarstwa i zwykłego kinematograficznego niechlujstwa, niech lepiej nie łudzi się, że posiada dar jakiejkolwiek spostrzegawczości. Trudno uwierzyć, aby Agnieszka Holland tego nie wiedziała. Teraz, gdy jej obraz ma szansę trafić do szerszej międzynarodowej publiczności trzeba sobie zadać to pytanie, co niby wartościowego ze sobą niesie. Wydaje się, że będzie tym najważniejszym filmem, który za granicą ma rozsławiać poziom polskiej kultury, a chyba nikt nie wątpi w to, że Agnieszka Holland doskonale wiedziała, że jej produkcja na arenę międzynarodową trafi i że bez promowania jej tam, się nie obejdzie. Przychodzą tu właśnie na myśl słowa gruzińskiego reżysera, Otara Iosselianiego, w których stwierdza: „Tylko język jest w stanie zachować kulturę. Nic nie jest stracone, póki lud mówi swoim językiem.”. Który lud reprezentuje Agnieszka Holland i którego ludu językiem mówi? Po zderzeniu się z „Pokotem”, mam wrażenie, że celowo nie ludu polskiego. Oglądając ten film nieustannie odnosiłem wrażenie, że właśnie tym wszystkim, co w nim najgorsze, tym wszystkim, co w nim prymitywne i złe, Agnieszka Holland chce uderzyć w naszą kulturę. Nawet Pawlikowski ze swoją „Idą” tego nie zrobił, kulturę polską uszanował najlepiej jak tylko potrafił. Na tle tego wszystkiego, trudno nie odnieść wrażenia, że „Pokot” jest filmem dalece antypolskim, a już o antypolskości nominowania go na kandydaturę do Nagrody Akademii Filmowej, którego Holland na pewno się spodziewała i pod tę nominację film tworzyła, już nie chcę się rozpisywać. Polska kultura w oczach szerokiej elity międzynarodowego kina będzie się jawić teraz jak ta nieszczęsna Janina Duszejko w oczach prokuratora Świerczyńskiego i całej myśliwskiej braci, którą najlepiej podsumował Prezes Wolski mówiąc o niej „Pierdolnięta baba”.