Profesor Zybertowicz Schopenhauera zna!

W ostatnim odcinku „Młodzież Kontra” doszło do dość nietypowej sytuacji. Zaproszony gość w pewnym momencie wstał ze swojego miejsca, podszedł do jednego z młodych i z odległości jednego metra agresywnym tonem straszył, że zabierze temu mikrofon. Było to tym bardziej nietypowe, że zaproszonym jegomościem był Prof. Zybertowicz, ze wszelkich dysput znany raczej jako wyważony, kulturalny i rzeczowy rozmówca.

, Przez , w Polityka w . Tagi: , , , , ,

Serwowany raz w tygodniu program pt. „Młodzież Kontra, czyli pod obstrzałem…”, to zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji publicystycznej oferty programowej w polskich mediach. Od standardowych programów tego typu różni się przede wszystkim tym, że prowadzona w nim dyskusja nie jest skażona betonową formą sporu politycznego. Konfrontacja młodzieżowych ugrupowań politycznych ze starszyzną politycznego środowiska przynosi o wiele więcej pożytku niż prymitywna szarpanina między tą starszyzną, na jaką jesteśmy skazani na co dzień w sztandarowych programach publicystycznych. W ostatnim odcinku „Młodzież Kontra” doszło do dość nietypowej sytuacji. Zaproszony gość w pewnym momencie wstał ze swojego miejsca, podszedł do jednego z młodych i z odległości jednego metra agresywnym tonem straszył, że zabierze temu mikrofon. Było to tym bardziej nietypowe, że zaproszonym jegomościem był Prof. Zybertowicz, ze wszelkich dysput znany raczej jako wyważony, kulturalny i rzeczowy rozmówca. Powodem tego całego zamieszania miało być przerywanie wypowiedzi przez osobę, która zadała wcześniej pytanie. Tu by się zgadzało. Faktycznie młodzieniec pozwolił sobie na króciutkie wtrącenia podczas wypowiedzi Profesora, ale co by nie napisać, czy powiedzieć, reakcja na to wydawała się stanowczo przesadzona. W końcu odkąd Profesor został doradcą w Pałacu Prezydenckim notorycznie w programach publicystycznych bywa, a w nich przecież formuła „ja panu nie przerywałem” jest na porządku dziennym. Co się takiego stało (a stało się), że w tym przypadku doradca prezydencki zatracił swoją odporność?

Zaczęło się od niewinnego pytania o sztandarowy program obecnego rządu. Pytanie nie było ani prowokacyjne, ani nie zawierało w sobie pokładu jakiejkolwiek manipulacji. Było jak najbardziej rzeczowe, a uzbrojone nawet w konkretne dane wynikające z badań, co jak się niedługo potem okaże, dla pana Profesora ma szczególne znaczenie. Na tle dwóch konkretnych danych dotyczących programu „Rodzina 500+”, tj. faktu, że wspomniany program ma podnieść wskaźnik dzietności z poziomu 1.3 do 1.5 (wskaźnik ratujący sytuację wynosi 2.1) oraz szacunku, że koszt programu na jedno dziecko może wynosić nawet 800 tys. zł., zapytano w jaki niby sposób ów program ma poprawić obecną sytuację z niedoborem dzietności w Polsce. I tutaj rzecz dość ciekawa, bo pierwsze słowa Prof. Zybertowicza były pytaniem do młodego polityka z Partii Wolność o to, co on sam myśli i co by zaproponował. Najwyraźniej zaproszony gość naiwnie zakładał, że wybrana przez rząd strategia nie ma sobie równych i że młodzieniec zagoniony do odpowiedzi jeśli już zaproponuje rozwiązanie, to takie, które szybko będzie można zdezawuować jako niepoważne lub niemożliwe do osiągnięcia. Stało się jednak inaczej, bo młodzieniec, co się zowie Paweł Tomal, natychmiast przywołał całkiem racjonalny na tę okoliczność postulat obniżenia podatków, z którego skorzystaliby nie tylko rodzice, ale i reszta obywateli. Pan Profesor czując, że młody dobrze kombinuje, natychmiast podjął próbę obalenia tego argumentu, lecz niestety kontrargumentem ocierającym się o opary absurdu. Domagał się przywołania badań, które wskazywałyby, że obniżki podatków działają jako czynnik pro-demograficzny. Trudno obok tak odbitej piłeczki przejść obojętnie, bo taką zagrywką prezydencki doradca obnażył się nie tylko z ignorancji, ale i kompletnego nie rozumienia procesów ekonomicznych, i ich oddziaływania na społeczeństwo. Dodatkowo nieświadomie przyznał on bowiem, że pomysł rządu na ratowanie polskiej demografii jest tylko formą przekupstwa, a z działaniami pro-demograficznymi nie ma nic wspólnego. Program 500+ według założenia ma poprawić dzietność przy pomocy zastrzyku finansowego i tylko to jest jego istotą. A czym innym jak nie zastrzykiem finansowym jest obniżka podatków? Jak Profesor może z jednej strony poddawać w wątpliwość zastrzyk finansowy z tytułu obniżenia podatków jako ratunek na problem demografii, a z drugiej uważać, że zastrzyk finansowy z innego źródła pro-demograficznie zadziała? Zaś domaganie się przywołania badań potwierdzających pozytywny wpływ zmniejszania ucisku fiskalnego na poprawę demografii, to już argument rodem z schopenhauerowskiej sztuki uprawiania sporu. Nie trudno się domyślić przecież, że nikt takich badań nie przeprowadzał. Jest dla każdego oczywiste, że lepsza sytuacja ekonomiczna zawsze w jakimś stopniu pozytywnie wpływa na gotowość do zostania rodzicem. Po co ktoś miał by prowadzić badania nad udowodnieniem, że dwa plus dwa równa się cztery? W domaganiu się przez Profesora takich danych chodziło jednak o co innego. Powołanie się na termin „badania”, który w dyskusji pełni rolę najznamienitszego autorytetu. Jeśli „Pan Badania” kiedykolwiek coś udowodnił, to dyskusja jest zakończona. Jeśli jednak czegoś nie tknął nawet palcem, znaczy, że czymkolwiek by to nie było, jest tylko i wyłącznie niepoważną hipotezą. Tego rodzaju sztuczka erystyczna jest notorycznie używana przez lewicę w niemal każdej dyskusji. To w tym środowisku najczęściej badania uważa się za argumentacyjnego bożka. Lewica nauczyła się, że wynikami badań jest w stanie udowodnić wszystko. Ale tylko samymi wynikami, bo szczegółów badań, którymi się posługuje nigdy nie ujawnia. Czy jest ktoś, kto nie spotkał się z argumentacją zaczynającą się od „badania pokazują”, „z badań wynika” itp? Młody wolnościowiec czy chciał, czy nie chciał, musiał w pułapkę założoną przez Prof. Zybertowicza wpaść i uczciwie odpowiedział, że badań takich nie zna. Oj, jak to tylko usłyszał zaproszony gość, natychmiast wykrzyczał narzucającą się regułkę „Czyli nie zbadaliśmy, ale …!!!”.Jakież to słabe.