śledź nas  

W pogoni za bohaterm

Jak zakładam wielu przeciwników tez serwowanych przez Sławomira Cenckiewicza oraz Piotra Woyciechowskiego, tekstem w tygodniku „w Sieci” zostało ostatecznie przekonanych, że autorzy „paszkwilu” na zacnego Profesora zostali ostatecznie pogrążeni i sprowadzeni do parteru.

, Przez , w Historia w . Tagi: , , , , , ,

Wczorajszy powrót do sporu o Prof. Witolda Kieżuna wywołany publikacją „w Sieci”, a także wieczorną dyskusją autorów tekstu „Tajemnica agenta «Tamizy»” na jego temat z reprezentantem ów tekstu przeciwników, zmienił dość wyraźnie tego sporu charakter merytoryczny. Do wczoraj bowiem obie strony były skazane na uczestnictwo w nim opierając swą narrację na rzeczowej interpretacji dokumentów dotyczących współpracy z SB agenta „Tamizy” tylko jednej strony sporu. Publikacja w tygodniku Karnowskich autorstwa Piotra Gontarczyka to zmieniła, gdyż po dwóch miesiącach strona druga uzyskała poważną ilość argumentów z rąk człowieka, który w swojej karierze także na poważnie zajmował się badaniem akt IPN z zakresu współpracy agenturalnej z aparatem państwa PRL.

Jak zakładam wielu przeciwników tez serwowanych przez Sławomira Cenckiewicza oraz Piotra Woyciechowskiego, tekstem w tygodniku „w Sieci” zostało ostatecznie przekonanych, że autorzy „paszkwilu” na zacnego Profesora zostali ostatecznie pogrążeni i sprowadzeni do parteru, przez precyzyjne i punktowe rozliczenie się Gontarczyka z ich publikacją. Aby odpowiedzieć na pytanie czy tak faktycznie jest, należałoby przede wszystkim zrozumieć czym na tle „Tajemnicy agenta «Tamizy»” jest tekst go rozliczający.

Zacząć trzeba od tego, że panowie Cenckiewicz wraz Woyciechowskim, decydując się na opublikowanie swej rozprawy nad aktami „Tamizy”, byli zmuszeni jako pierwsi postawić się w fatalnej sytuacji, gdyż nawet mimo wiedzy na temat tego jakiego kalibru jest sprawa i co rozpęta, musieli i pozostawili przyszłym swym krytykom spore pole do popisu w narzucaniu dowolnej narracji im pasującej, przez którą od tej chwili autorzy „narodowych rekolekcji lustracyjnych” będą zawsze na pozycji tych, którzy przed krytyką muszą się bronić. Z każdej kolejnej defensywnej ich publikacji, będzie można bez większego trudu wybrać dowolne jej skrawki, by odpowiednio skonstruować odpowiedź nie pozostawiającą żadnych złudzeń kto w tym sporze jest „szkodnikiem”, a kto stoi na straży “prawdy historycznej” i rzetelności warsztatu.

Niestety długi, dwumiesięczny okres, bez konkretnej publicystycznej odpowiedzi na ujawnione tajemnice Witolda Kieżuna był wystarczający, aby umiejętnie wykorzystać otrzymaną w prezencie sferę czasową na przygotowanie wysublimowanej narracyjnie bomby. Pech obu publicystycznych „zbrodniarzy” jest o tyle większych rozmiarów, że naprzeciwko ich lustracyjnej rozprawy stanęły zorganizowane i wyćwiczone w boju postacie, w których politycznym interesie jest swoją „patriotyczną maskotkę” uchronić od tak jasno i klarownie postawionego dyskursu na temat jej „bezdyskusyjnego bohaterstwa”. Kunszt tej agendy w tymże fachu można było poznać m.in. przy debacie Rafała Ziemkiewcza z Piotrem Zarembą, gdzie dumnie swoją liczną grupę reprezentantów wygodnie usadowiła w pierwszym rzędzie, aby gdy doszło do pytań, przybyłych na spotkanie widzów, o tychże zapomnieć i przypuścić zmasowany atak na wrogiego ów agendzie jednego z bohaterów debaty. W przypadku odpowiedzi Piotra Gontarczyka jest bardzo podobnie. Lecz tam gdzie nie można użyć „jedynie słusznej publiczności”, używa się amunicji innej, złożonej nie z ludzi, a ze starannie wyszukanych i dobranych wycinków z ogólnego kontekstu wszystkich dotychczasowych publikacji „zbrodniarzy”, które były odpowiedzią na niepodparte dotychczas żadną kwerendą akt publikacje. Publikacje często pełne prymitywnych inwektyw.

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNYCH STRONACH