W życiu warto nie mieć złudzeń. Marcin P. miał ich aż nadto.

Za nami kolejna odsłona prac komisji do zbadania afery Amber Gold. Jak się okazało wyjątkowa nie tylko z powodu miejsca, w którym jej prace musiały się odbyć, ale także z powodu zeznań jakie przed komisją złożył główny oskarżony.

, Przez , w Polityka w . Tagi: , , , , ,

Na dzisiaj koniec. Za nami kolejna odsłona prac komisji do zbadania afery Amber Gold. Jak się okazało wyjątkowa nie tylko z powodu miejsca, w którym jej prace musiały się odbyć, ale także z powodu zeznań jakie przed komisją złożył główny oskarżony. I choć media na swoich paskach będą próbować przekonywać, że doszło do przełomowego przesłuchania, że o to z zeznań Marcin P. wyłania się „teoretyczne państwo” w całej krasie oraz inne szokujące informacje – jak choćby ta o przeciekach z ABW, to ja osobiście polecałbym się nie ekscytować tego rodzaju narracją, bo takie rewelacje, to zaledwie kapiszony.

Po pierwsze nikomu z nas do tego by zauważyć tekturowość ówczesnego państwa nie były potrzebne zeznania Marcina P. Główny bohater dzisiejszego przesłuchania przed komisją nie powiedział przecież niczego odkrywczego. Kilka razy dodał tylko do miliona innych potwierdzeń, kolejne, które tezę o tekturowym państwie w niewielkim stopniu umocniły. Ujawnienie, że z ABW wyciekały do oskarżonego informacje, też nie jest niczym nadzwyczajnym jeśli przyjrzymy się choćby tylko doniesieniom medialnym z ostatnich lat. Tego rodzaju wnioski po prostu narzucają się same. Skoro od dawna wiemy, że karany wcześniej za oszustwa finansowe człowiek, mimo wszelkich obowiązujących w prawie standardów dostał zezwolenie na otwarcie spółki skupującej złoto, to jest to chyba wystarczająca przesłanka by rozumieć, że po wielu latach działania tej spółki informacja o przeciekach z instytucji, która nigdy nie powinna dopuścić, by taka spółka weszła na rynek, nie jest niczym szokującym.

Dlaczego więc zeznania Marcina P. są według mnie wyjątkowe skoro pozwalam sobie na dezawuowanie oficjalnych przekazów jakie pojawiają się w mediach? Każdy kto przez wiele lat śledzi uważnie w mediach przekaz społeczno-polityczny, a i nie brakuje mu rozumu wraz ze spostrzegawczością, prędzej czy później wykształci w sobie umiejętność absorbowania informacji, które w takim przekazie pojawiają się nie w bezpośrednio wypowiedzianych rewelacjach, a między ich wierszami. W innym wypadku skazani bylibyśmy na ekscytowanie się prymitywną propagandą lub w najlepszym wypadku informacjami, których wartość merytoryczna nie jest definiowana przez nasz rozum i zdolności analityczne, a przez burzę mózgów w tej czy innej redakcji. Dziś mieliśmy tę okazję, a rzadko się to zdarza, że przez pół dnia materiału do analizy nie dostarczali nam zawodowi moderatorzy rzeczywistości, a bezpośrednie źródło, którym w tej widowiskowej nawalance jest Marcin P.

Pierwsze na co warto zwrócić uwagę, to swego rodzaju śmiałość i swoboda w składaniu przed kamerami zeznań, które w potocznym odbiorze wydają się naprawdę sensacyjne. Stwierdzenie beż żadnych skrupułów, że syn człowieka, który stał na czele państwa wówczas, gdy przestępczość oskarżonego kwitła, wynosił dla niego z państwowej firmy poufne informacje, musi pobudzać wyobraźnię nieprzeciętnie. Ujawnianie, że znany dziennikarz śledczy dostarczał plany śledztwa oskarżonemu też nie są wyzbyte cech sensacji. Lista nazwisk polityków, którzy w przestępczy proceder lokowali pieniądze, to dopiero gratka. Można by tak wyliczać jeszcze, ale byłoby to raczej zjadaniem z ręki tych, którym zależy, abyśmy właśnie na tym skupili swoją uwagę. Otóż swoboda w ekscytowaniu nas takimi informacjami przez składającego zeznania oraz waga tych informacji tak naprawdę mówi nam co innego. Gdy przyjrzymy się charakterowi całego spektaklu i zestawimy to z kalibrem afery, którego dotyczy, to trudno nie dojść do wniosku, że są to swego rodzaju zamienniki, które prawdziwie istotne szczegóły mają za zadanie nam zasłonić. Czego nam więcej? Z tych opowieści mamy wszystko co nam potrzebne do stworzenia dobrego scenariusza filmu kryminalnego! A co dopiero jeśli każe nam się wierzyć, że to fundament i kręgosłup afery, w której orżnięto Polaków na setki milionów. Ja jednak przekonany jestem, że w życiu warto nie mieć złudzeń. Gdyby dla wyjaśnienia sprawy takie informacje byłyby kluczowe, Marcin P. nie odważyłby się ich wypowiedzieć w myślach, a co dopiero przed kamerami. Mają oczywiście spełniać role tych „bomb”, które na podłożu psychologicznym powinny wywołać wrażenie, że większych przecież już być nie może. Bezrefleksyjna wiara w opowieści chłopca, który przez wiele lat dał sobą pogrywać jak pogrywa się kukiełką, w totalnym zaślepieniu i przekonaniu, że trzyma samego Boga za nogi, jest raczej objawem dziecinnej naiwności.

Drugą rzeczą, którą warto podjąć w podsumowaniu dzisiejszej rozprawy nad Marcinem P. jest to, w stosunku do kogo ów bohater spektaklu kierował zarzuty. Pomińmy może postacie drobnego płazu, a skupmy się na tych figurach, których w powszechnym odbiorze ruszanie wydaje się nie byle jakim ryzykiem. Pierwszej figury świętość, jest stale pielęgnowana w mediach na wszelkie sposoby, a co jeszcze bardziej istotne, ma być tą różnicą, która za kilka lat – przekonują nas – wywróci porządek polityczny w naszym kraju. Donald Tusk, tzw. Król Europy, a rykoszetem przecież Europy Książe – jego syn Michał. Druga, to ABW. W przestrzeni funkcjonowania bardziej zorientowanych obserwatorów rzeczywistości, uchodzi za tą, dla której trzymanie na smyczy dowolnie wybranego polityka, uchodzi za coś naturalnego i nieskrępowanego, gdy interes tego wymaga. I właśnie w takie figury uderza losowy chłoptaś, który przez swoją głupotę (inteligencji trudno mu odmówić – zwłaszcza na tle innych bohaterów afery już przesłuchanych) rzucił się na główkę prosto w głębokie szambo. I tu zastanówmy się nad tym, co wynika spomiędzy wierszy powyższych faktów. Ktoś, kto ma złudzenia, uwierzy na prędko, że nasz skoczek z obawy o swój los jest gotów sypać wszystko i wszystkich, byle tylko jak najkorzystniej wpłynęło to na jego przyszłość. Złudzenie. Wiara w to, że przy tak grubej aferze, gdy swobodnie uderza się w dwie powyżej wymienione figury, są one tutaj jakąś zaporą nie do przejścia i ostatnim etapem na drodze do prawdy, to kolejny objaw dziecinnej naiwności. Otóż ta swoboda w rzucaniu przed kamerami oskarżeń w stronę takich figur, ujawnia nam tylko tyle, że wobec prawdziwego sterowniczego tą całą „przygodą” święty Król Europy i agenci tajnych służb, to zaledwie chłopcy, którzy z obawy przed jego groźnym palcem, zmuszeni są bez dyskusji być cichymi i grzecznymi. Już wyobrażam sobie sytuację, w której Donald Tusk jako premier polskiego rządu, pięknego słonecznego dnia tamtych czasów, organizuje konferencję prasową i ogłasza wszem, i wobec, że pchanie się w interes Marcina P., to ryzyko największych rozmiarów, i przestrzega przed naiwnością wobec zapewnień płynących z Amber Gold o łatwym sposobie na powiększenie swojego bogactwa. Otóż takiej sceny nie byliśmy świadkami tylko dlatego, że już wtedy Donald Tusk wiedział, że piśnięcie na ten temat słówka zaprowadziłoby go w rejony, gdzie do końca swoich dni musiałby dbać o czystość swoich portek, a brukselski stołek stałby się tylko pobożnym snem wariata. Na tyle sprawa była poważna, że jedynie do czego mógł się ograniczyć, to tylko nieśmiałe przekonywanie własnej pociechy, że podejmuje błędną decyzje rezygnując z dziennikarstwa u Michnika. Nawet własnej dziatwie nie był odważny stanowczo stwierdzić w co ta się pakuje.

Powtórzę jeszcze raz. W życiu warto nie mieć złudzeń. Jeśli chcemy wiedzieć, co naprawdę dzieje się wokół nas, czytajmy spomiędzy wierszy. Zwracanie uwagi na bezpośrednie kierowane do nas przekazy, zawsze będzie nas zwodzić na manowce. Marcin P., to inteligentny człowiek. Lecz jeszcze wtedy na tyle niedoświadczony, by w porę dostrzec, że brnie w szambo. Szambo, w którym pływając namiętnie, nie będzie w stanie dostrzec kto dokładnie dba bardzo o to, aby miał wrażenie, że pływa w luksusowym basenie. Kto dba o to, by rozglądający się Marcin wokół, patrzył w zachwycie na swoje dokonania i wierzył, że to wszystko naprawdę. Dał się nabrać, a gdy się spostrzegł, było już za późno. Dziś pozostało mu już tylko odmawiać odpowiedzi na zadawane mu pytania.