śledź nas  

Wizyta Trumpa. Przełom wielkiej wagi.

Minęło już wystarczająco dużo czasu, aby wszelkie wywołane w nas emocje wizytą w Polsce amerykańskiego prezydenta mogły z nas ulecieć, więc od razu pojawia się pokusa, aby ubrać to w komentarz. Najbardziej wyrazistym jej aspektem było jak wiemy przemówienie jakie wygłosił Donald Trump na pl. Krasińskich.

, Przez , w Polityka w . Tagi: , , , , ,

Minęło już wystarczająco dużo czasu, aby wszelkie wywołane w nas emocje wizytą w Polsce amerykańskiego prezydenta mogły z nas ulecieć, więc od razu pojawia się pokusa, aby ubrać to w komentarz. Najbardziej wyrazistym jej aspektem było jak wiemy przemówienie jakie wygłosił Donald Trump na pl. Krasińskich. Nie wiem czy w polskich mediach pojawiła się taka informacja, ale z doniesień jednego z amerykańskich dziennikarzy wynika, że przemówienie Trumpa, którego skrypt amerykańskiej wersji mieli dziennikarze w USA, odbiegało od tego, które Donald Trump odczytywał w centrum Warszawy. Niezbyt dobrze znam się na specyfice dyplomacji, więc z góry zakładam, że w przypadku tego rodzaju wizyt nie jest to w niczym nadzwyczajne. Najpewniej przemówienie miało być przygotowane po obu stronach, a po przylocie Amerykanów ujednolicone po konsultacjach. Nie mniej jednak trudno sobie wyobrazić, że amerykański prezydent pozwoliłby sobie na odczytanie tak ujednoliconego tekstu, bez wyrażenia dla niego swojej aprobaty wynikającej z dogłębnej jego analizy. A już na pewno nie ma nawet mowy o tym, że z biznesmana tej rangi skłonność do skrupulatnego wczytywania się w podsuwane mu dokumenty mogła wyparować. Zwłaszcza, że ich zawartość idzie ostatecznie tylko na jego konto. Tak jak jestem pewien tego, że w przypadku wszelkich papierów jakie przychodzi Trumpowi podpisywać, on sam bacznie je analizuje po czym podejmuje decyzję; tak jestem pewien, że nawet w przypadku takiego przemówienia, to on ostatecznie zatwierdza tekst tylko wtedy, gdy jego treść i przesłanie jest zgodne z tym co w nim samym drzemie. Bez żadnej więc przesady można więc postawić tezę, że to co mogliśmy usłyszeć pod Pomnikiem Powstania Warszawskiego w pełni tożsame jest z tym, co szczerze Donald Trump nosi w swojej głowie, a być może – nie wykluczone – nawet w sercu. Jeśli ktoś zna dobrze Donalda Trumpa, wie doskonale, że w wielu punktach, w tym przemówieniu, królowała retoryka idealnie pasująca do tego czym Trump reprezentował siebie w polityce odkąd ogłosił start w wyborach na prezydenta USA. Śmiały Wojciech Cejrowski, długoletni obywatel Stanów Zjednoczonych, poszedł nawet w stwierdzenie, że nasz znamienity gość w Polsce się zakochał. I ja bym był nawet całkiem skory przyznać choćby tyle, że wcale nie musi to być nieprawda.

Ale co z przemówieniem, co z wizytą? Czy były ważne, przełomowe, historyczne? Na takie bowiem oceny można było się natknąć w mediach zarówno z ust polityków jak i politycznych komentatorów.

Ignoranci i kosmici o polityce.

Warto zacząć jednak od tych krytycznych. Oczywiście dominuje wśród nich ta schematyczna, która pojawia się po każdej takiej wizycie zza oceanu. Według niej każdy przywódca Stanów Zjednoczonych z natury traktuje Polskę i Polaków jak kolonię, a każdy interes z jakim do nas przyjeżdża, nas Polaków układa na jankeskim talerzu. Ta retoryka sprowadza się ostatecznie do tego, że my jako Polacy, jako państwo polskie, posiadamy pewną niezmienną właściwość w naszych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, która mówi, że przy wielkości i potędze amerykańskiego supermocarstwa, Polska to tak kaleki twór, że z każdego biznesowego zderzenia się z nim, nie ważne czy gospodarczego, czy politycznego, musimy wyjść na pospolitego frajera. Tak już po prostu jest, bo Polacy to frajerzy wiecznie dający się ogrywać. Jak dyskutować z takimi opiniami jak dotąd nikt jeszcze nie odkrył, a to tylko dlatego, że przy tak postawionej sprawie momentalnie słów brakuje. Skąd jednak bierze się tak żenująco schematyczna paplanina? Najłatwiej sobie to wyjaśnić tym, że ci, którzy odruchowo przyjmują taką postawę, najprawdopodobniej z powodu własnej ignorancji, braku spostrzegawczości, dzięki której możemy dostrzec mechanizmy jakimi rządzi się polityka, a także braku talentu do umiejętnego tych mechanizmów odczytywania i przekuwania w trafne spostrzeżenia, zostają z niczym – z pustą głową ma się rozumieć. W takiej sytuacji najłatwiej jest się posłużyć wytartym schematem, bo nie wymaga on dalszej dyskusji. Dalsza dyskusja jest po prostu z miejsca zamknięta, bo obojętnie w jaki sposób nie próbowałoby się z tym schematem dyskutować, próbujący to robić w najlepszym wypadku zostanie potraktowany milczeniem, a w najgorszym zostanie opisanym jako właśnie ten naiwny frajer. Nie chcę się pastwić nad ludźmi posługującymi się takim bełkotem. Chciałbym jednak zauważyć i tym samym rozjaśnić im umysł wyjaśnieniem, że wychodzenie przez nas na frajerów, nawet jeśli w ostatnich prawie trzydziestu latach odbywało się cyklicznie, nie wzięło się stąd, że my Polacy jesteśmy z natury frajerami i nim zawsze będziemy, a stąd, że naszym państwem rządziła zawsze jakaś grupa ludzi i ci właśnie ludzie zarządzając tym państwem, termin „racja stanu”, którym winni się w polityce kierować, uznawali zawsze za romantyczny przesąd panujący w świecie, gdzie jeśli w polityce nie jest się łajdakiem, to kończy się swój życiorys będąc nikim i nic nie mając. Nie oznacza to jednocześnie przecież, że jeśli nawet nie było podyktowane to naszą rzekomym naturalnym frajerstwem, a czystym łajdactwem, to nie jest możliwe, że któregoś dnia zarówno potężne i wielkie supermocarstwo jak i my wyjdziemy z biznesu tak jak oczekiwaliśmy. Oczywiście trudno by jak małe dziecko z góry wierzyć w każde zapewnienie swojego partnera w biznesie. Ufać trzeba zawsze, ale też zawsze kontrolować. W tym przypadku pozostaje po prostu mieć nadzieję, że rządzący dzisiaj politycy, są i będą na tyle kompetentni, że nie pozwolą się wycyckać. Bo to, że nie mamy do czynienia ze wspomnianymi wcześniej łajdakami, jest oczywiste. Gorzej jeśli okażą się politycznymi pierdołami i marnymi biznesmenami. Z góry zaś zakładać, że po raz kolejny Amerykanie mają nas za frajerów i że na frajerów wyjdziemy, w sytuacji w której ewidentnie po obu stronach mamy do czynienia z rządami wywracającymi do góry nogami dotychczasowy porządek znany w świecie ich „lokalnej” polityki, a także takimi, które trudno w jakikolwiek sposób utożsamiać z poprzednimi, zwłaszcza na gruncie zasad – musi być i jest niepoważne. Oczywiście nie chcę przekonywać, że wszystko na pewno zakończy się dobrze – tak źle ze mną jeszcze nie jest, ale nie widzę też żadnego powodu, by w tak zmieniającym się świecie znowu wszystko okazało się być po staremu. Zmiany dokonują się gruntowanie we wszystkich obszarach. Warto to zauważyć i postarać się zaimplementować do swoich rozpraw nad rzeczywistością zamiast prymitywnie ograniczać się do pustych schematów i udawać, że się jest elitarnie bez złudzeń.(ciąg dalszy na następnej stronie…)

CZYTAJ DALEJ NA KOLEJNYCH STRONACH